Horizon'2k - Wrocław, Wrocław,
                    ------------------------------
                        Wrocław... ah, to ty!

Właśnie  sobie  słucham wyjebistego modka Leśnika. A że modek ten jest
szalenie  klimatyczny,  to  naszła  mnie  ochota  napisania  raportu z
ostatniego  party  na  którym  byłem,  a mianowicie z Horizona 2000. O
ironio losu! Przed ostatnim party również był Horizon - czyżby ekipa z
Wrocławia  wykupiła licencję na tego rodzaju imprezy? Ale Platonem nie
jestem, więc filozofować nie będę...

Moje  przygotowania  do  tegoż  zlotu  rozpoczęły  się  prawie  na dwa
tygodnie przed (a nie jak to ma u mnie zwykle miejsce - w przeddzień),
gdyż  po  zamknięciu  sesji  (yes!)  napadła  mnie jakaś dziwna ochota
zrobienia  jakiejś  grafy.  Siedziałem przy tym czymś dzień i noc, a w
krótkich  napadach  snu,  śniły  mi  się inwazje pixeli i dzielny Cham
Photoshopolo,  który  swoją  świetlną  gumką  wymazywał  je z otchłani
Ekranu (czytaj kosmosu). No i tak jakoś dotrwałem do czwartku (bodaj 5
czy  6  lipca),  kiedy  to  stwierdziłem, że wartałoby zmontować jakąś
ekipę,  która  z  Katowic  wybrała by się do Wrocka. Szybki telefon do
Shadowa, a ten niestety - po pierwsze ma jakiś kurs, a po drugie sceną
się  już praktycznie w ogóle nie interesuje. Cavell ostatnimi czasy na
party  nie  jeździ,  więc  pozostało  Amnesty  z  Olkusza  i  Bukowna.
Skontaktowałem  się  więc  z Ice-k'iem i umówiliśmy się, że pojedziemy
pociągiem  o  7:45 z Katowic (w sumie to ja miałem do niego wskoczyć -
oni mieli tam już być). No ale jak to zwykle ja, zaspałem (zasrałem) i
na  dworcu  pojawiłem  się  "już" o 8:20. Chociaż szanse były mizerne,
postanowiłem  skorzystać z dobrodziejstwa jakim jest telefon komórkowy
(pERAlowskim   naciągaczom  i  złodziejom  mówimy  stanowcze  NIE!)  i
zadzwoniłem do Ice-k'a - jak się okazało słusznie. Okazało się bowiem,
że  cała  ekipa  jedzie  właśnie  do  Gliwic, a potem do Opola, czy O!
pola!,  jak  kto  woli.  Była bodaj 8:25, więc mówie Ice-k'owi, że mam
akurat pociąg do Gliwic o 8:40. No to Ice-k: "To dawaj brachu!". No to
daję,  ale  najpierw  szybki  skok  na  kasę  by  kupić  bilet.  A  tu
niespodzianka.  Jakaś  uprzejma  pani  (nie  nazwę  jej wredną pizdą z
szacunku  dla  czytelników)  blokowała  okienko. W końcu jednak mnie i
jakiemuś  gostkowi  udało  się  ją  "wykurwić" (cyt.: "Kurwa, babo!) i
kupić  ten  zasrany bilet. Oczywiście w międzyczasie zrobiła się 8:38,
więc  stanowczo  skierowałem  swoje kroki (po prostu zapierdalałem jak
pod  obstrzałem)  na  peron  2. I tu kolejna niespodzianka. Pociąg się
spóźnił  o  5  minut.  No  ale  wsiadłem.  Jako  że  do Gliwic blisko,
liczyłem,  że  będę  na  miejscu  gdzieś o 9:05. A tu gówno. Po drodze
zaliczyliśmy  "Kozie  Dupki" i inne Pipidówy. W Gliwicach byłem o 9:20
(przez  20 minut zdołałem wykorzystać wszelkie przekleństwa świata pod
adresem  PKP).  I  teraz  akcja  jak  z  Mission  Impossible 8,5 (więc
wstrzymajcie oddech!) - wyskakuję brodząc po kolana w krwi posiekanego
przeze  mnie  maszynisty  i  innych  niewinnych istot, w ciągu sekundy
rozglądam   się   po  opustoszałym  peronie:  peron,  pociąg,  tablica
ogłoszeniowa....  opole...  Opole...  OPOLE!!! Fuck! Ice-k i reszta mi
uciekają!  Postanowiłem  jednak  całe  towarzystwo uratować od jazdy w
samotności  (czyli  beze  mnie),  więc  wskoczyłem  do  odjeżdżającego
pociągu,  w  konsekwencji  czego straciłem stopę. Ważne że wskoczyłem.
Czem  prędzej  udałem  się  do  lokomotyfki  by  zakupić  bilecik.  Po
załatwieniu  zbędnych  formalności (znów się pokłóciłem z maszynistą o
to,  ile  wynosi  ulga  studencka - 50, czy 100%. On z uporem obstawał
przy 50, więc musiałem go przekonać - argumentacja w postaci seryjki z
ołowiu  okazała się na tyle skuteczna, że zaopatrzyłem się nie w jeden
bilet, ale w cały karnecik). Potem w domu okazało się, że to jednak on
miał rację. Errore humanum est!

  W  każdym  razie  udałem  się  na tyły pociągu w poszukiwaniu całego
towarzystwa...  idę  tak,  idę  i  ich  nie widzę. I tu kolejna "miła"
niespodzianka  (nieee,  nie wsiadłem do złego pociągu). Otóż tabor był
podzielony  na pół przez wagon służbowy - ja po jednej stronie, reszta
po  drugiej.  Niestety  pomimo  szczerej  chęci  służbistów, z powodów
technicznych  nie  dało  się  przejść  na  drugą  stronę,  wobec czego
wykazałem  zdecydowaną  i  odważną  postawę  i  po prostu na jednej ze
stacji  (tzn  słupa  z  napisem "Kozia Wólka" i dwoma pasażerami obok)
przeskoczyłem  z  jednego do drugiego wagonu. Home sweet home (autorom
ustawy o języku polskim mówimy zdecydowane NIE!)>. Radosnym uściskom i
przywitaniom  nie  było końca (prawie mineliśmy Opole). W każdym razie
ekipa składała się łącznie (wliczając mnie) z trzech członków i trzech
członkiń - poza Ice-k'iem byli min. jeszcze Nymph i Pashtal z Amnesty.
Niestety Brach i Warlock nie wybrali się do Wrocka. Kiedy dojechaliśmy
do  Opola  (Turawko  kochana,  Gwardio  kochana!  Modlę  się  o ciebie
codziennie!),  ten  ostatni  udał  się  do  banku  PKO.  Nie  jest  to
kryptorekLAMA  -  po  prostu  razem  z Nymph skonstatowaliśmy, że obok
siebie  w Opolu stoją aż trzy banki PKO. Po głębszym namyśle doszedłem
jednak do wniosku, że taka sieć banków to fajna rzecz - zawsze idziesz
do bliższego (oszczędzasz na przejściu na drugą stronę ulicy). Podczas
gdy  Pashtal  załatwiał  swoje  sprawy,  my  udaliśmy się do "Maski" -
bardzo  sympatycznej  knajpki,  gdzie przy miłej rozmowie wysączyliśmy
pifko.  O  11:40  mieliśmy pociąg do Wrocka, który spóźnił się tylko 2
godziny (w końcu pośpieszny). Dość, że we Wrocku byliśmy chyba o 16. W
pociągu  oczywiście  obaliliśmy  z  Pashtalem małą zgrzeweczkę więc na
dworcu  we  Wrocławiu  byliśmy  pomimo  przygód  w  lepszych humorach.
Zastanawialiśmy   się,   czy   do  party  place  zamówić  taryfę,  ale
stwierdziliśmy,   że   te   300m  możemy  jednak  się  pofatygować  na
piechotę...

I  tutaj  kolejne  zaskoczenie  (to był dzień niespodzianek) - otóż ów
zapowiadany  w  invitce  pałacyk  okazał  się rzeczywiście pałacykiem.
Kiedy  szukaliśmy  numeru  32, z niedowierzaniem patrzyłem na budynek,
który  stał przed mymi oczyma. A w środku? O mały włos a wróciłbym się
do  Katowic  by  okolicznościową  marynareczkę założyć (taka aluzja do
Analogue)  i  każdego  nazywał  sir! Ale przyznać muszę szczerze i bez
bicia  -  mnie  party place się bardzo podobało. Po pierwsze miejsce -
już  nie  chodzi  nawet  o  ten klimatyczny pałacyk, ale o położenie -
centrum  miasta  -  raj  dla  partowicza.  I do knajpki blisko, KFC za
rogiem,  zresztą  w  samym  pałacyku  były  dwie  "mordownie", jedna z
kilkoma  stołami bilardowymi szczelnie obstawionymi przez scenowców. W
każdym  razie  weszliśmy  sobie po schodkach i prócz wyjebistego party
place (mówię teraz o budynku w ogóle) w oczy rzucali się ochroniarze -
niektórzy  żartują, że na jednego partowicza przypadało ich dwóch. Ale
co  istotne  - ochrona była w 100% profesjonalna i co za tym idzie nie
dochodziło  do  tego  rodzaju  incydentów co np. na Rushu'98, gdzie do
ochrony   organizatorzy   wynajęli  pobliską  brygadę  skinów,  którym
wmówili,  że  scenowicze  to  Żydzi i należy ich prać po pyskach. Otóż
jeśli  ochroniarze  z  Rusha  to  czytają,  to trzy słowa od redaktora
prowadzącego  -  CHUJ  WAM  W  PRYSZCZATĄ  DUPĘ! To tyle formalności -
wracamy  do Horizona. Właściwe party place znajdowało się na pierwszym
piętrze,  na  które  to należało się udać... no jak myślicie geniusze?
Oczywiście  schodami, zresztą tak szerokimi, że czołg by się zmieścił.
Kiedy  wchodziliśmy  na  górę,  to  stojąc tyłem do schodów, po prawej
mieliśmy  wejście  na  party,  zaś  po  lewej miejsce do którego każdy
"pielgrzymował"  po kilka razy, a mianowicie kibelki (zresztą ich stan
po imprezie wskazywał że party było klimatyczne).

Kiedy  weszliśmy  na  party trzeba było załatwić formalności, w tym tę
najbardziej  zbędną  -  zapłacenie  30zł. I tutaj moja mała uwaga - 30
złotych  to  moim  zdaniem suma dość wysoka jak na zlot, gdzie nagrody
mają  być  klimatyczne  - np. 2 butelki piwa i książeczka od sponsora.
Ktoś  się  trudzi przez cały rok na zrobienie np. dema, a gdy zwycięży
nie  dostanie  nawet  z  powrotem kasy za wstęp. 30 PLN może się wydać
kwotą  niezbyt wysoką, ale zauważcie, że niektórzy na sam dojazd muszą
wyłożyć  z  60  zł (a jak nie są studentami to 120), więc tego rodzaju
impreza  uderza  mocno  po  kieszeni. Nie żeby mnie nie było stać, ale
znam kilku scenowców w okolicy, których taka kwota odstrasza. Wolę nie
myśleć  co  będzie, jak ktoś za wjazd sobie policzy pół bańki. Tak czy
inaczej:  30 złociszy to MAXIMUM, którego nie należy przekraczać (btw.
nawet  z  prostego  rachunku  ekonomicznego  wynika,  że przy niższych
stawkach  przychody  mogą  być  większe).  Ale to na marginesie. Kiedy
wyłożyliśmy   kasę,   dostaliśmy  plakietkę  (o  wiele  ładniejszą  od
zeszłorocznej),   dyskietkę   i   możliwość  wpisania  się  na  listę.
Korzystając  z  okazji,  przejrzałem ją całą w celu sprawdzenia kto ze
znajomych  jest  na  party. Następnie jednego z organizatorów spytałem
gdzie  można oddawać prodki. Miałem alternatywę: pudełko lub selection
room. Doświadczony incydentami z Xenium'99 udałem się do organizatorów
by  oddać swoją pracę osobiście. Byli tam akurat Atom i Inferno, potem
ukazał  się  Radi, więc pogadaliśmy sobie troszkę. Kiedy skopiowaliśmy
moją  graficzkę,  Atom  pokazał mi nowego "Measure" - kazałem mu drugi
raz  załączyć  bo  coverek jest zajebisty. Następnie po wielu groźbach
Atom  i  Inferno  pokazali  mi prace w gfx-compo (osobiście wolę sobie
takie  rzeczy  na  monitorze  obejrzeć).  Jedna utkwiła mi w pamięci -
autorstwa Dżordana - zajebista grafa w 256 kolorkach, zresztą rysowana
na  poczciwej  Amidze.  Następnie pogadałem z Nymph, ustaliliśmy gdzie
złożyć  rzeczy i co najważniejsze kiedy pijemy. Nymph powiedziała że o
17, mnie pasowało o 17:30, więc ustaliliśmy właśnie tę godzinę. Miałem
więc  około  45  minut  dla siebie, by na trzeźwo (spoko, spoko ja mam
mocną  głowę)  obgadać  najważniejsze  sprawy.  Z Suspendów nikogo nie
znalazłem,  zamieniłem  więc parę słów z Radim i bodaj Lettem i udałem
się do big screen roomu.

Aha,  może  wspomnę przy okazji o rozkładzie pomieszczeń - wchodząc na
imprezę   wchodziło   się  do  big  screen  roomu.  Pomieszczenie  nie
oszałamiało  swoją  wielkością,  ale  było  na tyle duże by wszystkich
imprezowiczów pomieścić. Zresztą uważam, że tego rodzaju pomieszczenie
(czyli  średniej  wielkości)  jest  w wypadku party przeznaczonego dla
scenowiczów  z jednej platformy optymalne - czuć klimat, wydaje się że
jest  więcej  ludu  niż jest w rzeczywistości i co najważniejsze łatwo
każdego  znaleźć. Big screen znajdował się w prawym rogu pomieszczenia
(stojąc  tyłem  do  wejścia)  i nie był imponujących rozmiarów, ale na
jakość   nie   można   było   narzekać.  Po  lewej  stronie  i  wzdłuż
przeciwległej  ściany  były  rozłożone  komputery (organizatorów rzecz
jasna  znajdowały  się pod big screenem i były oddzielone barierkami i
taśmami  "roboty  budowlane",  hehe).  Po lewej stronie znajdowało się
wejście  do  mniejszego  pomieszczenia  (sleeping  roomu),  z  którego
prowadziły  drogi  do  selection roomu (po prawej) i barku (po lewej).
Ten  ostatni  był zresztą czynny całą dobę - chwała wam za to! Ponadto
na  party place znajdował się duży balkonik, który był miejscem wprost
stworzonym do picia i pogawędek.

W każdym razie udałem się do big screen roomu, gdzie spotkałem Mantrę.
Jako  że  w  plecaku miałem parę browców, postanowiłem się z qmplem po
fachu  podzielić,  więc  udaliśmy  się do moich rzeczy i wydobyłem dwa
zmrożone  'Żywce'. Wróciliśmy do bs roomu, usiedliśmy sobie wygodnie i
sącząc  piwko  gadaliśmy  o wystawianych grafach i różnych duperelach.
Jako że Mantra chciał grafy obejrzeć, udaliśmy się do selection roomu,
gdzie  grafy  jeszcze  raz przestudiowałem. Przy okazji napatoczył się
Dżordan,  więc  pogadaliśmy  troszkę o sprawach technicznych. Ponieważ
pora  okazała  się późna i adekwatna do picia (było po 17), udałem się
na  poszukiwania Nymph. Znalazłem ją, Ice-ka i Pashtala, więc udaliśmy
się  na  zakupy  do  monopolowego.  Kiedy byliśmy w sklepie, zadzwonił
Carson,  że z Rappidem zaraz będą na party. No to umówiliśmy się przed
wejściem  bodaj  na  17:40.  Tymczasem  w monopolowym zakupiliśmy wodę
ognistą  i jakiś soczek do tłumienia żołądkowego rozpalenia i udaliśmy
się  z  powrotem  na  imprezę.  Picie  odsunęliśmy  na 18, więc mogłem
spokojnie  pogadać  z  Carsonem  i  Rappidem,  którzy  się punktualnie
zjawili.   Pogadaliśmy  o  różnych  bzdetach,  coś  tam  co  do  demka
poustalaliśmy  i  po  około 15 minutach dorwała mnie Nymph, że jak nie
przyjdę  to  piją  beze  mnie.  Wobec takiej argumentacji okazałem się
bezsilny,  więc  udałem się na plac boju. Towarzystwo było liczne, ale
tylko  ja,  Nymph, Pashtal i Dżordan piliśmy. Reszta skusiła się chyba
na  jedna  kolejkę.  Nymph odpadła chyba po trzeciej, ale była w pełni
sił  by  upijać wspólnymi siłami Dżordanka... Oj, był on maltretowany,
był...  Kiedy  popiliśmy  sobie  należycie  i  humorek  się  poprawił,
pomyślałem  o  rzuceniu czegoś na ząb. W tym momencie Ice-ka nie można
było  już  znaleźć,  a  nikt  z  naszej  ekipy nie miał sił by iść coś
przekąsić,  postanowiłem  sam  skołować jakichś znajomych. Przywitałem
się z Vincentem, który akurat się napatoczył i udałem się do selection
roomu.  Tam  spotkałem  Acida  i  Letta  oraz  Radiego.  Z  tymi dwoma
ustaliliśmy,  że  do  serca  przez żołądek, więc Carson, Rappid, Lett,
Radi  i  ja  udaliśmy  się  do  pobliskiego KFC. Rozwaliliśmy się przy
największym  stole  i  zamówiliśmy  jakiegoś  fa(s)t  fooda. W trakcie
rozmowy  do  Radiego zadzwonił Spy, który miał się do nas dołączyć. Po
godzinie  czekania, ktoś z nas wpadł na odkrywczy pomysł, że we Wrocku
jest  kilka KFC, więc Spy musiał trafić do innego. Nie zrażeni tym, po
sutym  posiłku  udaliśmy  się  z  powrotem na party. Tam też spotkałem
Szuma,  z  którym doszło do rękoczynów, gdy ustalaliśmy który mag jest
lepszy  -  "Budyń" czy "Dragon". Oczywiście żartuję - Dragon team jest
mi  szczególnie  bliski  -  w  końcu współpracuję z nim praktycznie od
początku.  Tak  więc powymienialiśmy pomysły, uwagi i pogawożyliśmy na
różne  nieistotne  tematy.  Kiedy  na  balkoniku, na którym gadaliśmy,
zrobiło  się  chłodnawo, udałem się do środka - patrzę, a tu piją beze
mnie!  Oczywiście  momentalnie  przyłączyłem się do towarzystwa, potem
znów  upijaliśmy Dżordana, zamieniłem parę słów z Agim i udałem się do
barku. Tam akurat siedzieli Lazur i Lucky, z którym miałem o stronkach
pogadać  więc  się  dołączyłem. Przegadaliśmy w sumie chyba z godzinę,
Lucky  się na chwilkę zmył, a my z Lazurem wymienialiśmy spostrzeżenia
na  temat wystawianych graf (btw wystawiona przez Lazura była pierwszą
robioną  na  layerach,  czym  mnie  totalnie  zaskoczył),  a  potem  o
nieistotnych  pierdołach. W międzyczasie jakiś podpity scenowicz wylał
na  nas  piwo  -  zwłaszcza  na kurtkę nieobecnego Luckyego. Z Lazurem
pogadaliśmy  z  dobrą  godzinkę  i  udaliśmy  się do big screen roomu.
Chwilę  tam  postaliśmy,  gdy  stwierdziłem,  że  muszę opuścić mojego
towarzysza i udać się do przybytku rozkoszy. Niestety kibelek wyglądał
jak  po  stanie  wojennym - w trzy dupy wody i tak leciało wymiocinami
(Inferno  mi  mówił kogo najprawdopodobniej były - panowie tak się nie
robi!),  że  udałem  się  na  dół  do baru się odlać - a na dole pełna
kulturka.  Kiedy  wszedłem na górę Lazura już nie było, moja ekipa się
udała  do  knajpy,  więc  pogadałem  znów  odrobinkę z Szumem i paroma
innymi  znajomymi, a następnie udałem się do sleeping roomu. Spotkałem
Ice-ka, zamieniliśmy parę słów i nadjechał... Szudi! Fuck! Teraz sobie
uświadomiłem,  że  Szudi  przyjechał  już wcześniej - kolejność mi się
poprzestawiała.  No  ale  nic.  Ważne  że  przyjechał.  W każdym razie
pozdrowienia!  Tak  czy siak z Szudim zawsze odchodzą największe jaja.
Przy  okazji  wzbogaciłem  się  o wypierprzastego modka do maga. Szudi
zawsze  był  dla  mnie  jednym z, jeśli nie najlepszym muzykiem. Jakoś
potem  rozpoczęły  się  kompoty, jak zwykle przerwy zbyt długie, ale w
miarę sprawnie to szło. Demko Yoghurta świetne, Letta również, tyle że
demo  Letta  widziałem  jeszcze  w selection roomie - długie przerwy i
jeszcze  dłuższe  music compo zrobiły swoje - po takiej dawce ambientu
jak  zwykle połowę dem po prostu na krześle przespałem - panowie! Wiem
że  demo  compo  to  największa  atrakcja,  ale  o pierwszej w nocy po
dwugodzinnej  dawce  ambientu  ja  padam.  No ale nic. Compoty sobie z
Szudim  pooglądaliśmy,  a  potem  to już wszyscy błądzili jak robaczki
świętojańskie.  Pamiętam,  że  jeszcze z Lazurem oceniliśmy gfx-compo,
pamiętam  że  zamieniłem  parę  słów z Szumem, potem pogadałem z Agim,
potem  nie pamiętam, potem pamiętam, że pogadałem z Inferno i z Szumem
i  zrobiła się 6 nad ranem, czy jakoś tak - wtedy to otaczali mnie już
sami  lunatycy. W każdym razie pociąg mieliśmy bodaj o 9, więc od Echo
szybko  skopiowałem sobie ostatniego FastTrackera i pożegnawszy się ze
znajomymi, udaliśmy się w takim składzie w jakim przyjechaliśmy oraz z
Szudim na dworzec. Jak zwykle pociąg się spóźnił - na szczęście mniej.
Szudi  zniknął  w  jednym z pierwszych wagonów, a my znaleźliśmy sobie
wolny   przedział.   Dojechaliśmy   do  Katowic,  gdzie  reszta  miała
przesiadkę,  a  ja  15 minut tramwajem do domku i łóżeczka. Pożegnałem
się więc z towarzystwem i udałem na rynek, na przystanek.

Podsumowując.   Za  swoje  najlepsze  parties  zawsze  uważałem  serię
Gravity,  zwłaszcza  Gravity'97,  które  miało  miejsce  jeszcze nie w
Turawie,  lecz  w Hali Gwardii. Przyznam jednak, że Horizon'2k, pomimo
kilku wpadek, które działają trochę na niekorzyść, było party nie dość
że bardzo udanym, to mogącym zaliczyć się do mojego szlachetnego grona
"best  parties".  Wyjebiste party place, super miejsce, fajni ludzie i
przede  wszystkim  klimat  dopełniły swego. Raził brak jednej rzeczy -
fun,  crazy compos. Cóż za problem zorganizować coś takiego? Pomimo to
najlepsze  party  w  tym roku, he he he (dlatego bo jedyne). Ale gdyby
nie  jeden  mały  incydent, na szczęście wyjaśniony, to w tym momencie
wstałbym  i  nie  było  by  końca  pokłonom  i  oklaskom  pod  adresem
organizatorów.  Mam  nadzieję,  że  Horizon'01  będzie co najmniej tak
dobry jak tegoroczny!


                                                          Ural/Suspend
                                                         ural@scene.pl


PS.  Pozdrowienia dla wszystkich osób wymienionych w tym raporcie oraz
wszystkich z którymi na party gadałem - do zobaczenia za rok!